Nie ma lekko | Wyjazdy Narciarskie, Snowboardowe, Rowerowe, Kitesurfing
Menu
10 291 zadowolonych klientów

Nie ma lekko

Sezon wydawał się stracony. Kilka wizyt na kiepskich, twardych stokach plus jedna freeride’owa wycieczka w Tatry…Tak słabo nie było od lat. Nic też nie zapowiadało, że może być lepiej, a o jeździe w puchu wolałem nawet nie myśleć, żeby się nie dołować. Bez większych oczekiwań, w upalny dzień pod koniec marca, wybrałem się na Festival LOCO Travel do Francji, aby pożegnać zimę, której właściwie nie było. Zapowiadało się więc coś w rodzaju stypy. Oczywiście atrakcyjnej – znając rozmach imprez podczas Festivalu LOCO Travel – ale jednak smętnej bo bez najważniejszego czynnika, czyli świeżego śniegu. Jakże się myliłem! Wybaczcie mi proszę ten brak wiary!

A powinienem mocniej ufać siłom nadprzyrodzonym, bo ubiegłoroczny wyjazd na Festival LOCO Travel do Val d’Allos dał sporo do myślenia. Oczywiście koncerty, zawody, imprezy… to okazało się super. Jak zawsze, bo Festival LOCO Travel gwarantuje sprawdzoną jakość zabawy best site. Dla mnie jednak prawdziwym darem od niebios był puch… To nie mogło być przypadkowe zrządzenie losu. Dokładnie w pierwszej godzinie po przybyciu na miejsce zaczął padać śnieg i nie przestawał przez następne 3 doby. Po dwóch dniach miejscowość była odcięta od świata, a jazda w górach… No cóż, nie chcę popadać w tanią egzaltację więc stwierdzę tylko, że przez ponad 20 lat swojej jazdy na desce nie miałem jeszcze takiego używania. Przez bite 6 dni!
No ale to była poprzednia zima, która ogólnie nie skąpiła nam swych wdzięków, więc moja czujność w doszukiwaniu się metafizycznych podtekstów została uśpiona. Tym razem sprawy miały się zgoła odmiennie. Pomyślałem więc, że jeśli i teraz dopada świeży śnieg – choćby odrobina , tak żeby symbolicznie przeszlifować ślizg deski poza trasami – to umocnię się w wierze, że ekipa Biura Podróży LOCO Travel ma jakieś chody u Pana Boga. Pakując w upalne popołudnie sprzęt do autokaru byłem jednak pewien, że moja wiara nie zostanie wystawiona na próbę. Amen.

Miejscówka

Chamrousse to miejscówka – satelita Grenoble, położona tuż nad tym znanym, francuskim miastem. Autentyczna bliskość sprawia, że gdy zrobisz zakupy w jakimś markecie w Grenoble, to wsiadasz do autobusu i, po pokonaniu długiego podjazdu z nieskończoną ilością serpentyn, lądujesz wśród hoteli rozmieszczonych na górskim zboczu. Chamrousse zostało wybudowane specjalnie na zimowe igrzyska olimpijskie, które gościły w Grenoble w 1968 roku. Trochę to pachnie zamierzchłą historią, ale nie ma się czego obawiać, bo infrastruktura jest nowa, albo wystarczająco odświeżona. Za to trasy zjazdowe ośrodka noszą ciekawe nazwy – olympique hommes lub olympique dames – jednoznacznie informujące, że kiedyś pędziły nimi gwiazdy światowego narciarstwa, płci obojga. Zresztą w Chamrousse, zgodnie z jego olimpijskim rodowodem, są nie tylko trasy zjazdowe, lecz również świetne utrzymane trasy narciarstwa biegowego. Więc jeśli ktoś, ma za dużo energii i po dniu jazdt na desce, a przed pływaniem w basenie i obowiązkowym koncertem czuje jeszcze potrzebę ruchu, to może śmiało pyknąć kilkadziesiąt kilometrów na biegówkach. Mam wrażenie, ze opcja ta zainteresuje osobników z klinicznym ADHD, reszta zaś poprzestanie na tradycyjnych ćwiczeniach fizycznych, typu bujanie po trasach, backcountry, no i snowpark. Zacznijmy od tego ostatniego, który zdecydowanie nie posiada wzruszającej, olimpijskiej historii, co akurat można zaliczyć po stronie zalet. Zalet zresztą odkryjemy w nim zdecydowanie więcej, zwłaszcza, gdy szejperzy uwiną się ze swoją robotą – naturalnie bez zbędnego ciśnieniowania, co charakterystyczne dla Francuzów. Wtedy różnorodność i jakość przeszkód okazuje się tak imponująca, że przez cały tydzień uśmiechy nie schodziły z oblicz nawet takim riderom jak Kuba i Jasiek Wolakowie (snowboard) czy Jn Krzysztof i Mateusz „Smażok” Augustyn (freeski). Wiem, bo Oni akurat byli instruktorami freestyle’u na naszym wyjeździe. Oceniając kolejny element miejscówki, czyli trasy, naprawdę trudno mi coś konkretnego napisać… Może dlatego, że większość tras w Alpach jest dla mnie bardzo podobna. Czyli solidny standard, który pozwala ostro pocisnąć na krawędzi, bez obawy, ze wyleci się w kosmos na jakiejś muldzie albo lodzie. Dotyczy to zwłaszcza godzin porannych, gdy niekończący się „sztruksik” ułatwia solidne rozgrzanie nóg. Przyznam jednak, że trasy nie utkwiły mi w pamięci, ponieważ raczej ich unikam, mając możliwość skręcenia w plener. A plener w Chamrousse jest atrakcyjny i daje bogate opcje frirajdowania. Pod warunkiem, że zalega głębszy śnieg. No i właśnie, poruszając problem ubiegłorocznego śniegu, dochodzimy do metafizycznego wątku LOCO Travelowych wyjazdów…

Boska interwencja

W drodze do Chamrousse zatrzymaliśmy się w jakiś markecie w Grenoble, aby zrobić zakupy. Deszczyk popadywał i było tak ciepło, jak w późnowiosenny dzień. Ciekawe, jaki cud miałby się teraz wydarzyć, żebyśmy z tego ciepłego i wilgotnego czyśćca trafili wprost do zimowego raju – pomyślałem zrzędliwie. Na efekty nadprzyrodzonej interwencji nie musieliśmy długo czekać. Pół godziny później, wraz z naszym pojawieniem się w Chamrousse, deszcz zamienił się na płatki śniegu. A chwilę później zaczęło sypać na dobre…
Zanim znaleźliśmy swoje hotele i ogarnęliśmy się z bagażami, trzeba już było brodzić w świeżym puchu po kostki. A przecież dzień wcześniej sztuczny i twardy śnieg zalegał wyłącznie na trasach! Motyw ubiegłorocznej powtórki był nachalnie widoczny. Czyż nie jest to znak?! Padłbym na kolana, ale wokół zimno i mokro. Poprzestałem więc na cichym Alleluja!
Śnieg padał przez całą noc, cały następny dzień i jeszcze następny… Co prawda w nie aż tak absurdalnej ilości, jak podczas wcześniejszej o rok edycji Festivalu LOCO Travel, ale zważywszy na jakość całego sezonu, można było poczuć się jak po trafieniu głównej wygranej w lotto.

Backcountry

Nie muszę chyba wyjaśniać, ze w takich warunkach tereny backcountry postanowili ugryźć nawet ci, którzy zazwyczaj przygód poza trasami unikają. Tym bardziej, że przez pierwsze dwa dni park przysypany był głębokim śniegiem, a mgła przeszkadzała nie tylko w snowparku. Wyżej położone rejony miejscówki oferują wprawdzie bardzo urozmaicony teren – śnieżne pola, żleby, wąwozy i lasy – ale nie warto ich eksplorować w zadymce i przy słabej widoczności, za to bez pojęcia o topografii, będąc wyposażonym wyłącznie w mapkę wyciągów. Czasami takie akcje mogą się udać. Jak choćby wtedy, gdy ignorując tabliczkę ostrzegawczą (niestety, z informacją po francusku) pojechaliśmy za dwójką lokalesów wprost przed siebie – czyli jakimś stromym stokiem, z progami i skałkami, których istnienia mogliśmy się raczej domyślać. Lokalesi szybko zniknęli z pola widzenia, które w tych warunkach ograniczało się do jakichś 5 metrów. Nie skłoniło nas to do głębszej refleksji, bo teren puszczał znakomicie, stromizna nie wydawała się wielka – w otaczającej bieli wszystko stało się bezwymiarowe – a majaczące we mgle zarysy nie wyglądały na poważne przeszkody. Dopiero kilka dni później, gdy przy pełnym słońcu można było w końcu zobaczyć miejscówkę w całej okazałości, przekonaliśmy się, jak dużo mieliśmy szczęścia, trafiając na „ślepo” w idealną linię zjazdu. W poważnie wyglądającej ścianie, z labiryntem skalnych uskoków. Tereny backcountry w Chamrousse oferują możliwość różnorodnej jazdy – od wysokogórskich żlebów, po leśne wąwozy. Jest też kilka ciekawych zjazdów osiąganych po krótkich podejściach. Jednak w pogodne dni dziewiczy puch znika nadzwyczaj szybko, zmieniając się w zryte śladami zjazdów, muldziaste zbocze. Ale dla jeżdżących freeride nie jest niczym nowym, że w trakcie i tuż po opadach śniegu trzeba się sprężać, bo później jest już pozamiatane. Nam udało się skorzystać na kiepskiej widoczności, zniechęcającej potencjalnych konkurentów do frirajdowania, i przez pierwsze trzy dni najeździliśmy się w głębokim śniegu więcej, niż niejednokrotnie przez cały sezon. A gdy pogoda się poprawiła, można było ze spokojem obserwować, jak znikają ostanie skrawki puchu. Idealna poro, by zmienić lokalizację – najlepiej na, świeżo przygotowany przez szejperów, park.

Czas na Dance

W Chamrousse, podczas Festivalu LOCO Travel, „scena nocna” usytuowana była w Sali kompleksu restauracyjno- barowo- basenowego. Dzięki temu nie było takich problemów jak rok wcześniej, gdy przywiezione z kraju namioty i scenę trzeba było żmudnie odkopywać spod ton śniegu. Sala kompleksu okazała się wystarczająco obszerna, by pomieścić nawet 1000 osób, chcących wziąć udział w koncertach – a zagrali m.in.: Chleba, Grubson, Lao Che oraz DJ Benito i Jarek Justin Kulik – albo zabawić się na konkretnych imprezach. Zresztą podczas Festivalu coś ciekawego działo się praktycznie bez przerwy, więc czas był zorganizowany od samego ranka. Zaraz po wyjściu z kwatery trafiało się na krótką sesję rozgrzewkową LOCOmoving, która odbywała się przy dolnej stacji wyciągu. Następnie, w zależności od obranej opcji lub harmonogramu dnia, jechało się do snowparku na szkolenie freestyle’owe, wypożyczało nowiutki sprzęt (deski, kamery GoPro lub sprzęt Philips), żeby go przetestować w akcji, ewentualnie brało udział w mniejszych bądź większych zawodach lub zabawach – np. Job Jam Session, Jumcity Ollie Contest, Dakine SkiOrientering, ABC Surf Freestyle, Wyścig na 1/8 mili, Papier- Nożyce- Kamień Cup. Po powrocie do resortu też nie było łatwo sprostać wszystkim wyzwaniom, bo zaraz po odpięciu wiązań przepadło się w objęciach tętniącego bitem Apres Ski. Na którym największym problemem było zachowanie umiaru, bo w wieczorno- nocnych planach były jeszcze koncerty, imprezy w pubach (tradycyjne już Sileni Disco, Philips Before Party, karaoke, impreza przebierana Atomowe Głowy), lub inne ważne wydarzenia – jak na przykład rozgrywki Poker Night, Love Krowe, czy Deski quiz Night – w których również warto było uczestniczyć. A jeśli ktoś był dobrze zorganizowany, to w międzyczasie dawał radę zejeść jeszcze obiad i popływać w otwartym basenie. Generalnie na inne funkcje życiowe najzwyczajniej brakowało czasu, bo, jak dobrze wiedzą uczestnicy wyjazdów, podczas Festivalu LOCO Travel nigdy NIE MA LEKKO!

Dlaczego LOCO TRAVEL?

Bo lubimy aktywnie spędzać czas i tym chcemy zarażać innych.

Bo połączenie aktywności sportowej z dobrą nutą (imprezy, koncerty) i porcją atrakcji (zawody, konkursy) jest naszym przepisem na udany urlop.

Bo zimą możecie pojechać z nami na narty i snowboard, a latem zabierzemy Was na kite’a i windsurfing.

LOCO TRAVEL - We've got your ticket to ride!

ZOBACZ DLACZEGO WARTO

ZOBACZ NASZE

PROMOCJE

SPRAWDZAJ!

ZAPISZ SIĘ DO NEWSLETTERA

Zapisz się do naszego newslettera, i otrzymaj 50zł zniżki na kolejny wyjazd. Będziesz otrzymywał istotne informacje, nie wysyłamy spamu!

  • Partnerzy

    s_burger_logogopro-logo-800x800

  • Partnerzy

  • Partnerzy

We've got your ticket to ride